Wydanie nr: 3 (169) MARZEC 2017
ISSN 1643-0883 | RPR 1392












Pomnik Paderewskiego







Natalii Drukarnia Etykiej











JAWI









































„Wolnoamerykanka” cenowa….

Wszystkie znaki na Niebie i Ziemi wskazują na to, że nasi polscy decydenci i ekonomiści albo mają poważne braki w wykształceniu, albo w ogóle nie rozumieją czym jest wolny rynek, albo są tak cyniczni, że wszystko wiedzą, wszystko rozumieją i wszystko cynicznie „puszczają” na żywioł, z nadzieją, że wszystko samo się zawali. A jak się nie zawali, to na pewno powodować będzie narastającą destabilizację ekonomiczną narodu, co znacznie ułatwi rządzenie tymże.

Ten, tak zwany wolny rynek powoduje, że każdy produkt na rynku tych samych wytwórców, czy to będzie kostka masła, czy pasta do zębów w zależności gdzie i jak jest sprzedawany ma za każdym razem inna cenę. Kilogram luksusowej mąki pszennej, „Szymanowskiej” w sklepie „Biedronka” sprzedawany jest za 1.85 złotego, i ta sama mąka w markecie na sąsiedniej ulicy sprzedawana jest już za 3,85 złotego. Różnica 200 metrów i 2 złotych. Tylko ten jeden przykład świadczy o panującej „wolnejamerykance” na rynku. Inny przykład, to lekarstwa i rynek aptekarski. Opakowanie „Pancreatiny forte” w aptece poznańskiej kosztuje 58 złotych i ten sam medykament w aptece odległej o 2o kilometrów, w Swarzędzu, kosztuje tylko 40 złotych. Ile powinien kosztować naprawdę? Tego nie wiedzą konsumenci „wypluwając” ostatnie grosze i przeklinając rynek, handlowców, rząd i kogo się jeszcze da.

Na dobrą sprawę mają rację. Albowiem, mimo trwającej od ćwierćwiecza zmiany ustrojowej, właśnie rynku nie uporządkowano tak, aby jego działanie nie zagrażało nie tylko społeczeństwu, ale całej gospodarce. Nie uwzględniono po 1989 roku dobrych doświadczeń Polski międzywojennej, w której była gospodarka kapitalistyczna, wolna, ale sensowna, a nie hybrydowo-idiotyczna, trochę socjalizmu, trochę kapitalizmu, trochę propagandy i „walić w rogi” kogo się i jak da.

Tymczasem w Polsce międzywojennej, w gospodarce wolno rynkowej, każdy produkt, bez względy czy był sprzedawany w Krakowie, czy w Mszczonowie. Miał tę samą cenę, do tego wydrukowaną na opakowaniu, na tramwajowym bilecie, na bilecie kolejowym, na tubce pasty do zębów i na pudełeczku z aspiryną. Tę cenę drukował producent i w tej cenie zawierał swoje koszty i swój zysk, rabat dla hurtowni i hurtowy rabat dla detalisty. Hurtownie i detaliści żyli i utrzymywali się z rabatów, a nie z cenowego bandytyzmu. Bo jak inaczej można nazwać różnicę 18 złotych na jednym opakowaniu medykamentu w odległych od siebie o rzut beretem aptekach,

Panu wicepremierowi i ministrowi Mateuszowi Morawieckiemu doradzam zajęcie się opisanym wyżej problemem: zacznijcie drukować ceny detaliczne na konfekcjonowanych produktach, a zobaczycie jak szybko zacznie kurczyć się szara strefa. Czy stosowane „nadceny” na pewno są ewidencjonowane? Nie wiem, ale wątpię…

Jerzy A. Gołębiewski


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner



Witryna, na której się znalazłeś wykorzystuje pliki cookies, dalsze korzystanie z niej oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz w Polityce Prywatności.

Tak, rozumiem